Wakacje !
Na tę komendę w przeciągu sekundy stajemy się posiadaczami wyobraźni formatu Matejki czy Mozarta, tworząc w umysłach wizję idealnego wypoczynku. Idę o zakład, że większość osób chwile odetchnienia wiąże z nadmorskimi krajobrazami, na co ugięte każdego roku pod ciężarem turystów plaże wydały głośne westchnienie, efektywnie stłumione przez maleńkie ziarenka piasku. Góry, oferujące różnorakie drogi na szczyt, również mogą pochwalić się wysoką pozycją w rankingu wakacyjnych marzeń. Inne opcje, absolutnie nie gorsze, są w planach tych, którzy wolą słuchać opowieści niesionych przez fale mazurskich jezior, bądź kuszą się na zaproszenia kierowane do nich przez tętniące życiem stolice europejskie. Wybór jest ogromny.Osobiście wyrażam zainteresowanie do wielu z możliwych wariantów, z wyjątkiem jednego - przesiadywania w domu.
Po roku spędzonym w miejscu ziejącym monotonią, z widokiem na rozwalającą się stodołę i skrawek pustej łąki (gdzieniegdzie urozmaiconej przez ponadprzeciętnie wysoki chwast) zza firanki, marzyłam jedynie o wyrwaniu się z kręgu wiejskiego życia.
Czułam się zatruta świeżym powietrzem i ogłuszona przytłaczającą zewsząd ciszą. Pragnęłam przytulić się do cywilizacji, uchwycić każdy najdrobniejszy element pędzącej układanki, objąć wzrokiem budynki wraz z czubkami ukrytymi w chmurzastym bezkresie.
Podróż do Warszawy była dla mnie niczym wygrana pełnej puli w totolotka.
Zgodnie z moimi wyobrażeniami stolica spełniła kryteria idealnego miejsca zamieszkania dla kogoś takiego jak ja. Możliwości rozwoju zarówno prawej jak i lewej półkuli mózgu, dręczenia kubków smakowych nowymi doznaniami, wyszukiwania codziennie nowych zakątków do napawania duszy pięknem i trzy miliony kredytów zaufania do rozdania, uznawałam za określenie prawdziwego życia. Niezmiennie z jednym znacznym wyjątkiem.
Kiedy na wszystko jest więcej czasu przyglądamy się pęknięciom na powierzchni rzeczywistości, dostrzegamy niuanse pomijane przez nas w poprzednich, rewolucyjnych, jak wydawać by się mogło, odkryciach. Dumni i nieugięci w swych przeświadczeniach zaczynamy wtedy nałogowo rozmyślać o prawdziwym pożytku z tego co posiadamy, błąkać się we własnych myślach, szukać sensu w pozornym bezsensie.
Akcja dzieje się w ,,Charlotte" - restauracji owianej smakiem kawy i skrzypiących okruszków croissantów . Mieszcząca się przy Placu Zbawiciela stawia sobie za wzór te z paryskiego bruku i trzeba przyznać, że całkiem nieźle jej to wychodzi. Przeglądając menu trafiam na coś co na dłuższą chwilę przykuwa moją uwagę i uśmiech do ust. Ową niespodzianką okazuje się ,,jajko od kury z wolnego wybiegu". Nie wymagam od nikogo znajomości klasyfikacji kurzych wytworów, ale taka wiedza nie jest potrzebna by zrozumieć wysoką rangę serwowanego produktu. Dla sprostowania : jeżeli kupujecie jaja w supermarketach to nie wiecie nic o ich prawdziwym smaku, który konkurować by mógł z królewskimi truflami czy kawiorem.
Te błahe kilka słów z restauracyjnej karty było iskierką, która wystarczyła do rozpalenia ogniska własnej świadomości. Pożywną dawką tlenu dla rozżarzonych węglików wstydu i niedocenienia była wizyta w sklepie ze zdrową żywnością. Zawsze stroniłam od sieci fast food wybierając zdrowsze alternatywy, które nico niesłusznie ukrywają się za szyldem ,, zdrowsze - nie znaczy droższe". Dlaczego więc oskarżam niewinne płatki owsiane, owoce czy warzywa, które kosztują grosze w porównaniu do Big Mac'ów o jakiekolwiek oszustwo ? Prawda jest taka, że aby mieć do czynienia z prawdziwie ekologiczną, smaczna i zdrową żywnością należy chodzić do supermarketów wyposażonym w sprzęt laboratoryjny i z ,,sherlockowym" zapałem wyłapywać perełki, bądź kupować w sklepach ze zdrową żywnością. ( Zawsze istnieje możliwość znalezienia rzetelnego dostawcy na miejskich bazarach, lecz to sprawa dużo, dużo cięższa...) Druga opcja wydaje się dziecino prosta biorąc pod uwagę fakt, że takich sklepów jest (na szczęście) coraz więcej. Jak to zazwyczaj bywa, również i w tym przypadku występuje jakieś ,,ale". Mowa o cenach certyfikowanych produktów z czysto naturalnym rodowodem Matki Ziemi, a są one kolosalne. Przykładowo : 13 złotych za malutki słoiczek dżemu malinowego, 22 złote za kilogram jabłek czy 30 złotych za kilogram drobiu to wydatki na dłuższą metę prowadzące do śmiertelnej anoreksji portfela.
Nie , nie jestem wybredna. Nie liczę kalorii. Nie chce się popisywać. Nie ulegam modzie. Bo nie jestem zainteresowana jedzeniem ale odżywianiem.
Wierzę w naturę. Wierzę w ekologię. Wybieram zdrowie. I wierzę, że to klucz do lepszego życia. Tak, wierzę w moc racjonalnego odżywiania. To mój wybór. A Wy możecie chodzić do KFC , jeść burgery na śniadanie obiad i kolację. To Wasz wybór.
Zdaje sobie sprawę, iż w XXI wieku o naturalne produkty często łatwiej w dużych miastach niźli na wsiach, gdzie ludzie zamęczani przez wieki pracą w pocie czoła wolą odpocząć, godząc się na powszechnie znane, sklepowe smaczki oszukane chemikaliami. W takich momentach czuje się szczęściarą mogąc nadal delektować się wędzona przez tatę polędwicą, zakwaszając babcinym powidłem czy tarta porzeczkową po mistrzowsku wykonaną przez mamę. Z porzeczkami spotykam się w ogródku , a Tablicą Mendelejewa tylko na lekcji chemii, nie na co dzień w kuchni.
Pozwolę sobie na sercową dygresję. Przez ponad dwutygodniowy pobyt z dala od domu, skazana na spożywanie nabiału wyłącznie z dyskontów, zdałam sobie sprawę jak bardzo uwielbiam smak swojskiego mleka, najlepiej jeszcze nieprzegotowanego, z prawdziwą grubą warstwą śmietany na powierzchni. I że będzie mi tej białej przyjemności bardzo brakować gdy możliwość dostępu do niej, czy to z powodu wiecznie spóźnionego czasu, czy lokalizacji, zostanie mi odebrana.
Miejsce, które od zawsze było dla mnie karą niebios, niesprawiedliwym wyrokiem za dar życia, w przeciągu wakacyjnej podróży nabrało w moich oczach całkowicie innego wymiaru. Ten czas nie zaprzepaścił dojrzewających wielkomiejskich marzeń, ale dał zestaw farb do pomalowania teraźniejszości. Nauczyłam się z wdzięcznością patrzeć na dary, którymi obdarzyła mnie natura. Za prezenty, które otrzymuje każdego dnia w postaci piania koguta, dojrzałego jabłka czy przecieru pomidorowego wyjętego wprost z nagrzanej promieniami lata szklarni. Najwspanialsze jest to, że przy odrobinie pracy i otwartości serca, najlepsze co może nas spotkać dostajemy za darmo. W zgodzie z natura i samym sobą.
Wyjechałam, nie chcąc wracać - wracam jako cichy, osobisty rzecznik praw mojej Wsi.
Tęsknota za miękkością kociego futra, codziennymi spacerami po wydeptanych ścieżkach z jodłowym baldachimem, zapachem owoców pracy piekarzy dobywającym się z wiejskiej piekarni, bez pozwolenia wpisała te przyjemności do mojej osobistej definicji szczęścia. Nie gniewam się. Godzę się na powrót w roli syna marnotrawnego by z pokorą poprosić o szklankę ciepłego mleka i garść soczystych, opalonych przez lipcowe słońce malin.
Chociaż dorsz nad Bałtykiem w akompaniamencie promieni zachodzącego słońca smakuje wyśmienicie, to stare polskie przysłowie nie traci swej aktualności. Wyszukuje je na dnie skrzyni wspomnień i z chęcią strzepuje kurz. ,,Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej".