niedziela, 20 grudnia 2015

Zwolnij, idą święta..

Żyjemy z przeświadczeniem, że to co jest nam dane będzie trwało wiecznie. Nie dopuszczamy do siebie myśl, że możemy coś bezpowrotnie stracić. Śmierci, wypadki, katastrofy? Oczywiście,wiemy co to , jednak pozostawiamy to za barierą tego co nas osobiście dotyczy. Potem wyłączamy telewizor, ściszamy radio, odkładamy gazetę i poświęcamy się własnym zajęciom, wtapiamy się w element pędzącej układanki, która sekundy myli z godzinami , niekiedy dnie z latami. Zaniedbujemy rodzinę, przyjaciół i siebie samych. Dopiero gdy to z nas los postanawia zadrwić, z dezorientacją oglądamy się w przeszłość i zastanawiamy, w którym momencie straciliśmy kontrolę nad swoim życiem. W staraniach odnalezienia tego co ważne, popychani nieustannie przez każdy dzień, tracimy oddech. Panicznie szukamy chwili odetchnienia, aby móc zrekompensować sobie i bliskim narastające długi braku czasu.
Z pomocą przychodzą święta. Ten wyjątkowy okres kojarzy się nie tyle z choinką, stołem uginającym się pod górą jedzenia i kultowym ,,Kevinem", co ze słynnym powiedzonkiem, które można usłyszeć już w poranek Wigilijny: ,,Święta, święta i po świętach". Owszem, jeśli będziesz się śpieszyć, to jedynie uda Ci się je przetrwać . Jeśli zwolnisz, to je naprawdę przeżyjesz.
Tak jak mawiał kardynał Stefan Wyszyński : ,,Zagadnienia ,,brak czasu" nie rozwiąże się przez pośpiech, lecz przez spokój". Coraz większą aprobatę zyskuje nurt Slow Christmas, czyli święta w zwolnionym tempie. Wbrew przedświątecznemu szaleństwu. Anglicy zapytani dlaczego świąteczną listę zakupów realizują na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, zgodnie przyznają, że wpisało się to w ich tradycję. Ale czy w tym szaleństwie jest metoda? Gdy codzienny poziom stresu nieraz dwukrotnie przewyższa normę, w święta wolałabym uniknąć zbędnych nerwów.
Wolniej znaczy uważniej i lepiej, z naciskiem na jakość emocji i relacji. Dobre jedzenie, oryginalne pomysły na prezenty, nietypowy wystrój wnętrz. Może warto się zastanowić, czy najpiękniejszym prezentem świątecznym dla mamy nie będzie pomoc w przygotowaniu wigilijnych potraw, a taty najbardziej nie ucieszy posprzątane auto. Strzałem w dziesiątkę okażą się podarunki od serca, takie jak chociażby wspólne zdjęcie, czy niekoniecznie drogi, jednak naprawdę przemyślany drobiazg.
Żadne prezenty nie nagrodzą braku obecności. Nie bez powodu Mariah Carey śpiewa ,, All I Want For Christmas Is You". ,,You" a nie ,,New Computer" czy ,,Expensive Perfume".
Niemiecka sieć supermarketów ,,Edeka" przygotowała świąteczny spot reklamowy, uznany przez miliony internautów, za najbardziej wzruszający w 2015. roku. W czym tkwi jego wyjątkowość? W przeciągu kilku minut zawiera się cała kwintesencja ludzkiej natury, paradoksu uczuć targających człowiekiem. Firma w bardzo prosty, ale jakże dosadni sposób pokazała, czym jest samotność starszych ludzi. Bohaterem jest starszy pan, który po raz kolejny dowiaduje się, że jego rodzina nie ma dla niego czasu w święta. Wizja samotnych, byś może ostatnich w życiu świąt, przeraża mężczyznę do tego stopnia, iż wymyśla pewien chytry plan zwabienia rodziny na Boże Narodzenie. Po otrzymaniu wiadomości o śmierci staruszka, jego dzieci nie mogąc pogodzić się z tym, że stracili tak wiele szans spotkania się z ojcem, przyjeżdżają na jego pogrzeb. Ku ich wielkiemu zdziwieniu i nie mniejszej radości, w domu zastają przepięknie udekorowany świąteczny stół i starszego pana, który przepraszającym tonem tłumaczy im swój pomysł. Cała rodzina wspaniale spędza świąteczny czas, a widzowie ze łzami w oczach robią rachunek sumienia, mnożąc wyrzuty.
Nie pozwól dopuścić do takich sytuacji. Doceń to co masz i w ten szczególny okres nie pozwól nikomu na samotność. Spójrz w oczy i podaruj uśmiech bliskim, których być może widujesz tylko ten raz w roku, być może ostatni raz. Zbieraj drogocenne , wspólnie spędzone momenty do kolekcji wspomnień.
Bowiem chwili nie da się zatrzymać, ale da się ją złapać, poczuć. Odłóż smartfona i wyłącz komputer. Zrób sobie zdjęcie z ukochaną babcią. Spraw by poczuła się ważna i wysłuchaj jej historii o świecie, który już nie istnieje. Zagraj z dziadkiem w szachy i nie odmawiaj wieczornego spaceru. Nie zrzucaj kota z kolan. Odwdzięczy się po kociemu - mruczeniem, lub , kto wie, może o północy zdradzi ci jakiś sekret? Nie przejmuj się jeśli fałszujesz nucąc Cichą noc czy przypalisz nieco pierniki. W święta jak nigdy liczą się chęci.

Życzę wam abyście pozwolili każdej zaczarowanej chwili świąt przeniknąć do waszej duszy, napełniając ją spokojem i szczęściem.

Ps. Tylko nie zapomnijcie zaprosić Bożonarodzeniowego Solenizanta. W końcu to jego święto !




niedziela, 6 grudnia 2015

Moja szkoła. Moja klasa.



,,Wstaję rano, idę na lekcje, odbywam wszystko jak się patrzy - i śmieję się z tego wszystkiego. Jest to tyle warte, co wiatr karmić. Sama siebie pytam, czego mi się chcieć może i ciągle, nie mówiąc sobie tego, stwierdzam, że pragnęłabym jednej tylko rzeczy: nie być. "
Stefan Żeromski - ,,Ludzie Bezdomni"

Zamknij oczy. Ale stop! Poczekaj chwilę. Spróbuj wyobrazić sobie swoją wymarzoną szkołę. Budynek, klasę, ludzi… Dobra, teraz możesz już zamknąć oczy.

A teraz pomyśl o swojej aktualnej szkole. I jak? No właśnie.. Jestem przekonana, że u dziewięćdziesięciu dziewięciu procent z was wyobrażenia całkowicie mijają się z rzeczywistością.
Pesymiści, uważają szkołę za przykry obowiązek, obrzucając tą znienawidzoną przez nich instytucję licznymi obelgami. Optymiści starają się wierzyć w cel edukacji, czyniąc ze szkoły miejsce spotkań towarzyskich. Natomiast realista rzekłby, że szkoła to szkoła, nie da się niczego zmienić, wszystkim teraz chodzi jedynie o procenty i miejsca w rankingach.
Czy moja szkoła też jest taka? Skoro postanowiłam poświęcić jej ów artykuł, czyż nie powinna zawierać w sobie czegoś intrygującego, ponadprzeciętnego, odbiegającego od
typowej placówki jakże wyśmienicie zobrazowanej w serialowym hicie gimnazjalistów czyli ,,Szkole"?

W pewnym sensie owszem, do tego typu szkół ona nie należy. Nie jest to jednak moja wymarzona szkoła. Gryzie mnie w oczy i ciężko przechodzi przez gardło określenie tej szkoły jako 'mojej'. Mojego taty owszem - ale nie mojej. W pewnym sensie nie miałam wyboru. Od zawsze byłam na nią skazana. Wolę obiegać ten temat jak największym łukiem więc powiem tylko jedno: Bycie dzieckiem dyrektora to nie taka super sprawa...

Atutem szkoły do której uczęszczam - tak brzmi o wiele lepiej- są niewielkie liczebnie klasy. Ogólnie cała szkoła jest mała, co dla niektórych ze względu na brak konieczności przemieszczania się, szczególnie między piętrami ( których nie ma), jest wielką zaletą. Jest jednak taka grupa ludzi, do której zresztą należę, dla których zdrowie jest nadrzędna wartością i brak ruchu, możliwości rozprostowania zasiedzonych partii ciała jest uczuciem nie do zniesienia. Z pomocą przychodzi market Biedronka , który ze względu na brak szkolnego sklepiku czy tez od tego roku jakichkolwiek automatów z żywnością, cieszy się wielkim zainteresowaniem. Pół maratony na pięciominutówkach, bądź też zbiorowe wycieczki w poszukiwaniu jedzenia na dłuższych przerwach to chleb powszedni uczniów ,,Hetmana". Bogu dzięki za możliwość opuszczania murów szkoły podczas przerw. I chwała temu kto wymyślił przerwy. Na przerwach ( jeśli nie jesteś uczestnikiem wypraw do Biedronki ) masz dwie opcje do wyboru. Pierwsza z nich to czuwanie przed klasą na skąpanych w półmroku korytarzach o szerokości nie większej niż dwa metry, gdzie pomimo prawostronnego ruchu, przejście pięciu metrów zajmuje niekiedy kilka minut. Drugą możliwością jest szkolny hol będący jednocześnie szatnią, sceną i jadalnią. Pomimo panującej tam dość miłej atmosfery wspomaganej niekiedy muzyką , i tam nie jest bezpiecznie. A wszystko to za sprawą stołu ping- pongowego, na którym zagorzali gimnazjaliści urządzają co  przerwę zawody. Mała, biała, plastikowa kulka trafia wszędzie. Pod nogi , pomiędzy głowy przestraszonych uczniów, w książki,  kanapki , piórniki stając się powodem oburzenia i rozwścieczenia znacznej części szkolnej społeczności.

Co oprócz budynku i ludzi jest w szkole najważniejsze? Rzecz jasna - nauczyciele. Ach, mieszanka Wedlowska nie powinna się nazywać mieszanką w obliczu mnogości charakterów grona pedagogicznego ,,Hetmana". Od tych, którzy mogą poszczycić się cierpliwością, przez tych dla których jest ona piętą Achillesa. Znajdą się tam również typowi flegmatycy, sangwinicy i cholerycy, charaktery bardziej przychylne prośbom uczniów i tacy którzy nawet w obliczu końca świata sprawdzianu nie przełożą.
Co do mojej klasy mogę powiedzieć tylko tyle, że do najbardziej zgranych nie należy. Ale nie chcę  drążyć tematu klasowych niedogodności. Bo najłatwiej jest krytykować. Narzekanie również mija się z celem, gdyż ciągłe niezadowolenie i użalanie się to z pewnością to, co najbardziej denerwuje mnie w mojej klasie. A narzekają prawie wszyscy i prawie o wszystko. Zapominają, że wybierając szkołę, w której czesne do najniższych nie należy, są można powiedzieć skazani na naukę.

Pomimo , lub może dzięki swej specyfice moja szkoła da się lubić. Więc jeśli jesteś ambitny i myślisz o prawie czy medycynie – to doskonały wybór dla ciebie. Artystyczne dusze nieco mniej odnajdą się wśród ciągłego sprawdzania średnich na e- dzienniku i porównywania ilości zdobytych punktów w wyroczniach pod nazwą ,,Rankingi Perspektywy”. To już wyższa matematyka. Ale dyrektor matematyk ... daje radę.

Niepokoi mnie jednak kierunek, w którym podążają wszelkie instytucje związane z edukacją, gdzie nadrzędnym celem jest zgodność z podstawą programową i tym co w podręcznikach, w których notabene podawane informacje na dany temat są niekiedy tak rozbieżne , że czasem sami nauczyciele mają mętlik w głowie. Więc jak ma się w tym wszystkim odnaleźć przeciętny uczeń? Przykre, że ówczesne szkoły, moja również, gdzie uczniowie spędzają praktycznie całą swoją młodość, przygotowują do matury. Nie do życia.

czwartek, 30 lipca 2015

Natura kulturą. Wakacyjny kłębek myśli.

Wakacje !
Na tę komendę w przeciągu sekundy stajemy się posiadaczami wyobraźni formatu Matejki czy Mozarta, tworząc w umysłach wizję idealnego wypoczynku. Idę o zakład, że większość osób chwile odetchnienia wiąże z nadmorskimi krajobrazami, na co ugięte każdego roku pod ciężarem turystów plaże wydały głośne westchnienie, efektywnie stłumione przez maleńkie ziarenka piasku. Góry, oferujące różnorakie drogi na szczyt, również mogą pochwalić się wysoką pozycją w rankingu wakacyjnych marzeń. Inne opcje, absolutnie nie gorsze, są w planach tych, którzy wolą słuchać opowieści niesionych przez fale mazurskich jezior, bądź kuszą się na zaproszenia kierowane do nich przez tętniące życiem stolice europejskie. Wybór jest ogromny.Osobiście wyrażam zainteresowanie do wielu z możliwych wariantów, z wyjątkiem jednego - przesiadywania w domu.

Po roku spędzonym w miejscu ziejącym monotonią, z widokiem na rozwalającą się stodołę i skrawek pustej łąki (gdzieniegdzie urozmaiconej przez ponadprzeciętnie wysoki chwast) zza firanki, marzyłam jedynie o wyrwaniu się z kręgu wiejskiego życia.
Czułam się zatruta świeżym powietrzem i ogłuszona przytłaczającą zewsząd ciszą. Pragnęłam przytulić się do cywilizacji, uchwycić każdy najdrobniejszy element pędzącej układanki, objąć wzrokiem budynki wraz z czubkami ukrytymi w chmurzastym bezkresie.

Podróż do Warszawy była dla mnie niczym wygrana pełnej puli w totolotka.

Zgodnie z moimi wyobrażeniami stolica spełniła kryteria idealnego miejsca zamieszkania dla kogoś takiego jak ja. Możliwości rozwoju zarówno prawej jak i lewej półkuli mózgu, dręczenia kubków smakowych nowymi doznaniami, wyszukiwania codziennie nowych zakątków do napawania duszy pięknem i trzy miliony kredytów zaufania do rozdania, uznawałam za określenie prawdziwego życia. Niezmiennie z jednym znacznym wyjątkiem.

Kiedy na wszystko jest więcej czasu przyglądamy się pęknięciom na powierzchni rzeczywistości, dostrzegamy niuanse pomijane przez nas w poprzednich, rewolucyjnych, jak wydawać by się mogło, odkryciach. Dumni i nieugięci w swych przeświadczeniach zaczynamy wtedy nałogowo rozmyślać o prawdziwym pożytku z tego co posiadamy, błąkać się we własnych myślach, szukać sensu w pozornym bezsensie.

Akcja dzieje się w ,,Charlotte" - restauracji owianej smakiem kawy i skrzypiących okruszków croissantów . Mieszcząca się przy Placu Zbawiciela stawia sobie za wzór te z paryskiego bruku i trzeba przyznać, że całkiem nieźle jej to wychodzi. Przeglądając menu trafiam na coś co na dłuższą chwilę przykuwa moją uwagę i uśmiech do ust. Ową niespodzianką okazuje się ,,jajko od kury z wolnego wybiegu". Nie wymagam od nikogo znajomości klasyfikacji kurzych wytworów, ale taka wiedza nie jest potrzebna by zrozumieć wysoką rangę serwowanego produktu. Dla sprostowania : jeżeli kupujecie jaja w supermarketach to nie wiecie nic o ich prawdziwym smaku, który konkurować by mógł z królewskimi truflami czy kawiorem.

 Te błahe kilka słów z restauracyjnej karty było iskierką, która wystarczyła do rozpalenia ogniska własnej świadomości. Pożywną dawką tlenu dla rozżarzonych węglików wstydu i niedocenienia była wizyta w sklepie ze zdrową żywnością. Zawsze stroniłam od sieci fast food wybierając zdrowsze alternatywy, które nico niesłusznie ukrywają się za szyldem ,, zdrowsze - nie znaczy droższe". Dlaczego więc oskarżam niewinne płatki owsiane, owoce czy warzywa, które kosztują grosze w porównaniu do Big Mac'ów o jakiekolwiek oszustwo ? Prawda jest taka, że aby mieć do czynienia z prawdziwie ekologiczną, smaczna i zdrową żywnością należy chodzić do supermarketów wyposażonym w sprzęt laboratoryjny i z ,,sherlockowym" zapałem wyłapywać perełki, bądź kupować w sklepach ze zdrową żywnością. ( Zawsze istnieje możliwość znalezienia rzetelnego dostawcy na miejskich bazarach, lecz to sprawa dużo, dużo cięższa...) Druga opcja wydaje się dziecino prosta biorąc pod uwagę fakt, że takich sklepów jest (na szczęście) coraz więcej. Jak to zazwyczaj bywa, również i w tym przypadku występuje jakieś ,,ale". Mowa o cenach certyfikowanych produktów z czysto naturalnym rodowodem Matki Ziemi, a są one kolosalne. Przykładowo : 13 złotych za malutki słoiczek dżemu malinowego, 22 złote za kilogram jabłek czy 30 złotych za kilogram drobiu to wydatki na dłuższą metę prowadzące do śmiertelnej anoreksji portfela.

Nie , nie jestem wybredna. Nie liczę kalorii. Nie chce się popisywać. Nie ulegam modzie. Bo nie jestem zainteresowana jedzeniem ale odżywianiem.

Wierzę w naturę. Wierzę w ekologię. Wybieram zdrowie. I wierzę, że to klucz do lepszego życia. Tak, wierzę w moc racjonalnego odżywiania. To mój wybór.  A Wy możecie chodzić do KFC , jeść burgery na śniadanie obiad i kolację. To Wasz wybór.

Zdaje sobie sprawę, iż w XXI wieku o naturalne produkty często łatwiej w dużych miastach niźli na wsiach, gdzie ludzie zamęczani przez wieki pracą w pocie czoła wolą odpocząć, godząc się na powszechnie znane, sklepowe smaczki oszukane chemikaliami. W takich momentach czuje się szczęściarą mogąc nadal delektować się wędzona przez tatę polędwicą, zakwaszając babcinym powidłem czy tarta porzeczkową po mistrzowsku wykonaną przez mamę. Z porzeczkami spotykam się w ogródku , a Tablicą Mendelejewa tylko na lekcji chemii, nie na co dzień w kuchni.

Pozwolę sobie na sercową dygresję. Przez ponad dwutygodniowy pobyt z dala od domu, skazana na spożywanie nabiału wyłącznie z dyskontów, zdałam sobie sprawę jak bardzo uwielbiam smak swojskiego mleka, najlepiej jeszcze nieprzegotowanego, z prawdziwą grubą warstwą śmietany na powierzchni. I że będzie mi tej białej przyjemności bardzo brakować gdy możliwość dostępu do niej, czy to z powodu wiecznie spóźnionego czasu, czy lokalizacji, zostanie mi odebrana.

Miejsce, które od zawsze było dla mnie karą niebios, niesprawiedliwym wyrokiem za dar życia, w przeciągu wakacyjnej podróży nabrało w moich oczach całkowicie innego wymiaru. Ten czas nie zaprzepaścił dojrzewających wielkomiejskich marzeń, ale dał zestaw farb do pomalowania teraźniejszości. Nauczyłam się z wdzięcznością patrzeć na dary, którymi obdarzyła mnie natura. Za prezenty, które otrzymuje każdego dnia w postaci piania koguta, dojrzałego jabłka czy przecieru pomidorowego wyjętego wprost z nagrzanej promieniami lata szklarni. Najwspanialsze jest to, że przy odrobinie pracy i otwartości serca, najlepsze co może nas spotkać dostajemy za darmo. W zgodzie z natura i samym sobą.
Wyjechałam, nie chcąc wracać - wracam jako cichy, osobisty rzecznik praw mojej Wsi.
Tęsknota za miękkością kociego futra, codziennymi spacerami po wydeptanych ścieżkach z jodłowym baldachimem, zapachem owoców pracy piekarzy dobywającym się z wiejskiej piekarni, bez pozwolenia wpisała te przyjemności do mojej osobistej definicji szczęścia. Nie gniewam się. Godzę się na powrót w roli syna marnotrawnego by z pokorą poprosić o szklankę ciepłego mleka i garść soczystych, opalonych przez lipcowe słońce malin.

Chociaż dorsz nad Bałtykiem w akompaniamencie promieni zachodzącego słońca smakuje wyśmienicie, to stare polskie przysłowie nie traci swej aktualności. Wyszukuje je na dnie skrzyni wspomnień i z chęcią strzepuje kurz. ,,Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej".

piątek, 8 maja 2015

,,SEKRETNE ŻYCIE PSZCZÓŁ" - RECENZJA 

,,Sprzedana w 8 milionach egzemplarzy najbardziej znana powieść autorki bestsellerowych ,,Czarnych skrzydeł" - Sue Monk Kidd."




 Akcja powieści rozgrywa się w latach sześćdziesiątych  - czasach bardzo trudnych dla ciemnoskórych mieszkańców Ameryki, kiedy to formalnie wprowadzone dla nich prawa, były łamane przez społeczeństwo. Jest to również okres ciężki dla głównej bohaterki, która zmaga się z procesem dojrzewania. Mowa o Lily - czternastoletniej dziewczynce z  Karoliny Południowej. Mieszka ona na brzoskwiniowej farmie z agresywnym ojcem i od dziesięciu lat zmaga się z  poczuciem winy. Powodem narastającej rozpaczy nastolatki jest coraz większa świadomość, że jako dziecko przez przypadek zastrzeliła swoją matkę. Nie przejmujący się córką ojciec zatrudnia czarnoskórą Rosaleen, aby ta opiekowała się dziewczynką.  Jedynymi, i jakże cennymi pamiątkami po matce , które odnalazła Lily, są białe rękawiczki, fotografia i obrazek Czarnej Madonny z nagryzmoloną nazwą miejscowości - ,,Tiburon". Gdy czarnoskóra niania Lily zostaje pobita i wtrącona do więzienia przez miejscowych rasistów, dziewczynka decyduje się uciec z domu. Wykazując się odwagą wykrada Rosaleen i wraz z nią podąża śladami mamy. W Tiburonie odnajdują różowy dom, należący do czarnoskórych sióstr Boatwright, które okazując serce zatrudniają uciekinierki w swej pasiece. Pasieka staje się dla dziewczynki azylem, a siostry Boatwright - rodziną . W tak trudnym okresie dojrzewania zastępują Lily matkę i przekazują najcenniejsze życiowe rady, pomagając wyzbyć się poczucia winy i uwierzyć w siebie. Lily, nieskażona rasistowskimi uprzedzeniami dorosłych, utwierdza się w przekonaniu, że pigment w skórze nie ma znaczenia. Odnajduje to co kocha i odkrywa zhierarchizowane, sekretne życie pszczół. Wzruszająca historia stworzona przez Sue Monk Kidd wybija się ponad większość powieści o dojrzewaniu. A pszczoły? Te słusznie uważane za jedne z najbardziej pracowitych stworzeń na świecie stanowią bardzo urokliwe tło do trudnych tematów poruszanych w lekturze.  
Z kart bije ciepło, spokój i prostota napawające optymizmem. Rój czarujących i wiarygodnych kobiecych charakterów uczy szacunku i prawdziwej miłości do ludzi i zwierząt. Ta ociekająca miodem powieść , daje ukojenie dla serc, dodając wiary w siebie i bliźnich. Oddaje hołd naturze i wspaniałościom którymi nas obdarza , budząc wielką chęć na łyżeczkę miodu..