Moja szkoła. Moja klasa.
,,Wstaję rano, idę na lekcje, odbywam wszystko jak się patrzy - i
śmieję się z tego wszystkiego. Jest to tyle warte, co wiatr karmić. Sama siebie
pytam, czego mi się chcieć może i ciągle, nie mówiąc sobie tego, stwierdzam, że
pragnęłabym jednej tylko rzeczy: nie być. "
Stefan Żeromski - ,,Ludzie Bezdomni"
Zamknij oczy. Ale stop! Poczekaj chwilę.
Spróbuj wyobrazić sobie swoją wymarzoną szkołę. Budynek, klasę, ludzi… Dobra,
teraz możesz już zamknąć oczy.
A teraz pomyśl o swojej aktualnej szkole.
I jak? No właśnie.. Jestem przekonana, że u dziewięćdziesięciu dziewięciu
procent z was wyobrażenia całkowicie mijają się z rzeczywistością.
Pesymiści, uważają szkołę za przykry
obowiązek, obrzucając tą znienawidzoną przez nich instytucję licznymi obelgami.
Optymiści starają się wierzyć w cel edukacji, czyniąc ze szkoły miejsce spotkań
towarzyskich. Natomiast realista rzekłby, że szkoła to szkoła, nie da się
niczego zmienić, wszystkim teraz chodzi jedynie o procenty i miejsca w
rankingach.
Czy moja szkoła też jest taka? Skoro
postanowiłam poświęcić jej ów artykuł, czyż nie powinna zawierać w sobie czegoś
intrygującego, ponadprzeciętnego, odbiegającego od
typowej placówki jakże wyśmienicie
zobrazowanej w serialowym hicie gimnazjalistów czyli ,,Szkole"?
W pewnym sensie owszem, do tego typu szkół
ona nie należy. Nie jest to jednak moja wymarzona szkoła. Gryzie mnie w oczy i
ciężko przechodzi przez gardło określenie tej szkoły jako 'mojej'. Mojego taty
owszem - ale nie mojej. W pewnym sensie nie miałam wyboru. Od zawsze byłam
na nią skazana. Wolę obiegać ten temat jak największym łukiem więc powiem tylko
jedno: Bycie dzieckiem dyrektora to nie taka super sprawa...
Atutem szkoły do której uczęszczam - tak
brzmi o wiele lepiej- są niewielkie liczebnie klasy. Ogólnie cała szkoła jest
mała, co dla niektórych ze względu na brak konieczności przemieszczania się, szczególnie
między piętrami ( których nie ma), jest wielką zaletą. Jest jednak taka grupa
ludzi, do której zresztą należę, dla których zdrowie jest nadrzędna wartością i
brak ruchu, możliwości rozprostowania zasiedzonych partii ciała jest uczuciem
nie do zniesienia. Z pomocą przychodzi market Biedronka , który ze względu
na brak szkolnego sklepiku czy tez od tego roku jakichkolwiek automatów z żywnością,
cieszy się wielkim zainteresowaniem. Pół maratony na pięciominutówkach, bądź
też zbiorowe wycieczki w poszukiwaniu jedzenia na dłuższych przerwach to chleb
powszedni uczniów ,,Hetmana". Bogu dzięki za możliwość opuszczania murów
szkoły podczas przerw. I chwała temu kto wymyślił przerwy. Na przerwach ( jeśli
nie jesteś uczestnikiem wypraw do Biedronki ) masz dwie opcje do wyboru.
Pierwsza z nich to czuwanie przed klasą na skąpanych w półmroku korytarzach o
szerokości nie większej niż dwa metry, gdzie pomimo prawostronnego ruchu,
przejście pięciu metrów zajmuje niekiedy kilka minut. Drugą możliwością jest
szkolny hol będący jednocześnie szatnią, sceną i jadalnią. Pomimo panującej tam
dość miłej atmosfery wspomaganej niekiedy muzyką , i tam nie jest bezpiecznie.
A wszystko to za sprawą stołu ping- pongowego, na którym zagorzali
gimnazjaliści urządzają co przerwę zawody. Mała, biała, plastikowa kulka
trafia wszędzie. Pod nogi , pomiędzy głowy przestraszonych uczniów, w książki,
kanapki , piórniki stając się powodem oburzenia i rozwścieczenia znacznej
części szkolnej społeczności.
Co oprócz budynku i ludzi jest w szkole najważniejsze?
Rzecz jasna - nauczyciele. Ach, mieszanka Wedlowska nie powinna się nazywać
mieszanką w obliczu mnogości charakterów grona pedagogicznego ,,Hetmana".
Od tych, którzy mogą poszczycić się cierpliwością, przez tych dla których jest
ona piętą Achillesa. Znajdą się tam również typowi flegmatycy, sangwinicy i
cholerycy, charaktery bardziej przychylne prośbom uczniów i tacy którzy nawet w obliczu
końca świata sprawdzianu nie przełożą.
Co do mojej klasy mogę powiedzieć tylko
tyle, że do najbardziej zgranych nie należy. Ale nie chcę drążyć tematu klasowych niedogodności. Bo
najłatwiej jest krytykować. Narzekanie również mija się z celem, gdyż ciągłe
niezadowolenie i użalanie się to z pewnością to, co najbardziej denerwuje mnie
w mojej klasie. A narzekają prawie wszyscy i prawie o wszystko. Zapominają, że
wybierając szkołę, w której czesne do najniższych nie należy, są można
powiedzieć skazani na naukę.
Pomimo , lub może dzięki swej specyfice
moja szkoła da się lubić. Więc jeśli jesteś ambitny i myślisz o prawie czy
medycynie – to doskonały wybór dla ciebie. Artystyczne dusze nieco mniej
odnajdą się wśród ciągłego sprawdzania średnich na e- dzienniku i porównywania
ilości zdobytych punktów w wyroczniach pod nazwą ,,Rankingi Perspektywy”. To
już wyższa matematyka. Ale dyrektor matematyk ... daje radę.
Niepokoi mnie jednak kierunek, w którym
podążają wszelkie instytucje związane z edukacją, gdzie nadrzędnym celem jest
zgodność z podstawą programową i tym co w podręcznikach, w których
notabene podawane informacje na dany temat są niekiedy tak rozbieżne , że
czasem sami nauczyciele mają mętlik w głowie. Więc jak ma się w tym wszystkim
odnaleźć przeciętny uczeń? Przykre, że ówczesne szkoły, moja również, gdzie
uczniowie spędzają praktycznie całą swoją młodość, przygotowują do matury. Nie
do życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz